„Wszystko, co jest teraz, zaczęło się tam” Katarzyny Dworaczyk to ilustrowana książka, która zabiera czytelników w podróż do krainy naszego dzieciństwa: kraju pod reżimem socjalizmu z mocną rolą Kościoła i pokoleniami szukającymi swojej definicji w tej niejednoznacznej rzeczywistości.

Historia każdego z nas wewnątrz tamtej rzeczywistości rozwinęła się inaczej, ale oddziaływały na nas z różnych stron te same zjawiska. Dzisiaj nadal kilka pokoleń w kraju dzieli te wspomnienia — to właśnie tamte doświadczenia nas łączą. To z czego wyrośliśmy, miejsce, gdzie zaczęła się nasza przygoda z życiem. To one sprawiają, że można nas zidentyfikować jako ludzi „z tego samego kraju”. We are Made in Poland.

Ogniska i zabawy blisko natury, wątpliwe strategie wychowawcze, seksualne tabu, próby hodowania akwariowych zwierzątek w blokowych klitkach, pierwsza spowiedź i wszędobylskie poczucie winy. Każdy to albo miał, albo widział, albo słyszał.

Dzięki temu, że dzielimy z autorką tę samą rzeczywistość, w której uformowały się nasze wspomnienia z dzieciństwa, każdy obraz wywołuje reminiscencję.

„O, moja babcia też tak gadała”, „A nie, to akurat u mnie było inaczej”,

„Pierwszy orgazm dopiero w tym wieku?”, „Aha, to dlatego tata wiecznie nawijał z głupim uśmieszkiem pod nosem, że godzinami siedzę w łazience....”

Książka, która pokazuje, że można mieć niedoskonałe i pełne sprzeczności dzieciństwo, a mimo to wyrosnąć na osobę tak odważną, wrażliwą i kreatywną, by stworzyć dzieło, które jest migawką z rzeczywistości, którą kiedyś dzieliło 38 milionów ludzi.

Na końcu książki autorka dziękuje swoim rodzicom za to, że pielęgnowali w niej absurd i kreatywność. Marzę, że spisze ona kiedyś dokładnie, jak to robili, bo taki artykuł z pewnością chciałoby przeczytać wielu rodziców.

Za tę piękną wspólną podróż w przeszłość, dziękuję Ci Katarzyno.

Paulina Banaś, Fundatorka projektu Dziewczynka Pełna Mocy 
Ukończyła Kognitiwistykę ze specjalizacją Psychologia na Uniwersytecie Westminster w Londynie. Zawodowo zajmuje się polityką Unii Europejskiej ds. równouprawnienia, wyrównywania szans i walki z wykluczeniem.

Źródło

Obraz

Zapraszam do wywiadu z wielkopolskiej kultury u podstaw: http://www.kulturaupodstaw.pl/opinie/1555/zaczelam-siebie-odgrzebywac

Kuba Wojtaszczyk: Zacznę banalnie: kiedy postanowiłaś, że stworzysz komiks?


Katarzyna Dworaczyk
*: Przede wszystkim nie myślałam o „Wszystko, co jest teraz, zaczęło się tam” jako o komiksie. W ogóle nie myślałam o książce, że ją wydam. Odkąd pamiętam, interesowało mnie, czym jest świadomość, jak się łączy z ciałem. Tak naprawdę zadawałam sobie pytania, nie chcę powiedzieć, że egzystencjalne, ale o sobie samej: czy ja to ja? Kto to jest ja? Kto zadaje pytanie „kto to jest ja”?

Filozofowałaś sobie.


- Trochę tak. Potem, gdy studiowałam literaturę, przy okazji czytanych książek, zadawałam sobie kolejne pytania. Na przykład czytając Lema, zastanawiałam się, czy jeżeli odetną mi ręce to nadal jestem sobą? Gdy wymienią mi serce na sztuczne albo jak stracę pamięć to, czy nadal jestem sobą? Właśnie czytając o zaburzeniach, zmianach, chorobach psychicznych coś tam we mnie się budziło. W pewnym momencie zobaczyłam, że tożsamość silnie jest związana z pamięcią. Zaczęłam to rozpracowywać na zasadzie wydarzeń, które powodują zmiany patrzenia na siebie, świat, na budowanie relacji. Było to też związane z pracą trenerską, którą wykonuję. Wtedy też poszłam na terapię, taką naprawdę beznadziejną. Gdy miałam iść na nią w piątek, to już w środę wieczorem zaczynałam chorować. Miałam poczucie, że drepczę w miejscu. Ileś z poruszanych tematów, dotyczyło relacji z rodzicami – złości, nieprzepracowanych konfliktów. Zaczęłam spisywać te wspomnienia.

Przyglądałaś się im?


- Tak. Zastanawiałam się, co one ze mną zrobiły, jak teraz działają. Czy to jest taki „martwy krąg”, taka pętla, która powoduje, że nie mogę z czymś ruszyć dalej. A może jest to coś, co daje mi odwagę, aby się realizować. Spisując te wspomnienia uznałam, że fajnie byłoby je namalować. Jednocześnie byłam przekonana o braku tego talentu.

To ciekawe, że pierwszą twoją myślą było namalowanie wspomnień. Nie myślałaś o prozie?


- Nie. Cała książka ma bardzo obserwacyjny charakter, wręcz zdjęcia, migawki. To z kolei podlane jest filozofią porozumienia bez przemocy Marshalla Rosenberga, w której bardzo mocno siedzę. Zależało mi na tym, aby pozwolić odbiorcy odczuwać te emocje, ale tak, żeby ich nie narzucać. Gdy pokazywałam pojedyncze rysunki różnym osobom, odbierali je na przykład jako zabawne. A dla mnie były to często naprawdę traumatyczne wspomnienia. Mam mocną, wypracowaną zgodę na to, że każdy odczytuje to tak, jak chce.

Rysunek jest lepszą formą dla takiego przekazu?


- Gdy przypominałam sobie wydarzenie, od razu „widziałam” rysunek. Niekoniecznie dokładnie tak, jak to było naprawdę, bo nie pamiętam, na przykład w której części lasu znalazłam strzelbę; ale wiedziałam, jak chcę dane wspomnienie przedstawić. Uznałam, że sam tekst nie byłby wystarczającym pomnikiem dla konkretnego wydarzenia. Stworzenie teksto-obrazu wynosi je ponad zwykłe retrospekcje z dzieciństwa.

Twoje odgrzebywanie wspomnień zaczęło się od wspomnianej terapii? Czy wcześniej prowadziłaś dziennik?


- Prowadziłam! Ale rodzice wyrzucili moje zapiski z piwnicy. Jest mi trochę żal, bo tak jakby nie mam już dostępu do dawnej siebie. Za to zachowały się obrazki, które rysowałam w dzieciństwie, więc, gdy przyjeżdżam do rodziców, albo babci, to je po prostu zajadam oczami, jakby tam było coś ukryte.

W takim razie dużo zapamiętałaś z młodości...


- Mój o rok starszy brat po przeczytaniu książki, zdziwił się, że tak wiele pamiętam. A to było tak, że im więcej sobie przypominałam, tym więcej sobie przypominałam.

Twoja bohaterka przez całą książkę nosi opaskę na oczy. Dojrzewanie jako superbohaterstwo?


- To jest bardzo ciekawe. W ogóle o tym nie pomyślałam. Ta opaska jest związana z moją dużą wadą wzroku – mam minus siedem, odklejała mi się siatkówka. Zatem zawsze to patrzenie było zaburzone. Łączyło się to oczywiście z noszeniem masywnych okularów. Gdy przechodziłam przez trudne okresy, wracałam do domu i naprawdę nie miałam ochoty na nikogo patrzeć, to wystarczyło, że ściągałam te okulary. Nie było świata. Więc ta maska jest trochę tarczą przed innymi. Z drugiej strony, nawet może bardziej, ukrywaniem siebie. W pewnym momencie jest tak, nie tylko u mnie, ale też u wielu innych dzieci, że przestaje się pokazywać prawdziwe emocje. To wiąże się z tym, co dziecko słyszy od dorosłych, te wszystkie „no i po co ryczysz!”, „co się takiego stało?!” „uspokój się”, czyli z typowymi odzywkami, na które nie zwracamy uwagi. Jednak dziecku pokazują, że nie zachowuje się ono tak, jak powinno, że dana emocja nie jest adekwatna do sytuacji. W pewnym momencie zaczęłam wybierać, jak się zachować, aby to pasowało do sytuacji, osoby. Nie wynikało to już z mojej wewnętrznej, dziecięcej świadomości. Czyli to nie byłam ja; zakładałam maskę i wtedy pozbywałam się, chowałam siebie. Tam, za tą maską, był głównie wstyd, jednak moje reakcje już były wypracowane. Dopiero później, zaczęłam siebie odgrzebywać. Sprawdzałam u siebie, jaka jest moja intencja, dlaczego robię to, co robię, mówię to, co mówię i tak dalej.

Wanda Hagedorn w jednych z pierwszych scen swojego memuaru „Zupełnie nie nostalgia” pyta się swoich sióstr i matki o zgodę na wykorzystanie ich wizerunku i historii. Czy ty przed pisaniem poprosiłaś rodzinę o zgodę?
- Moja mama, gdy dowiedziała się, co tworzę, zrobiła sobie listę rzeczy, które mogły być dla mnie traumatyczne w dzieciństwie (śmiech). Trochę się sprawdziło, a trochę nie. Jest taka scena w książce: podsłuchuję rozmowę rodziców na temat tego, czy wyrzucą nas z mieszkania, czy nie, czy rodzice zapłacą, czy nie. Pamiętałam tylko tę rozmowę, nam nie mówili, że już wszystko ok, że załatwione. Żyłam w takim wyolbrzymionym dziecięcym strachu, co z nami będzie. Mama domyśliła się, że mogłam pielęgnować w sobie brak poczucia bezpieczeństwa.


A brat?


- Na początku różnie reagował. Na przykład przed premierą wystawy prac z „Wszystko, co jest teraz, zaczęło się tam”, powiedział: wiesz, ja nie wiem, czy ja się będę tam dobrze czuł. Pewnie  wyobrażał sobie, że jestem nie wiadomo jak sławna, że ludzie będą do niego podchodzić i się o to wszystko pytać (śmiech). Jednak już po przeczytaniu książki i bratu i rodzicom bardzo się spodobała. Mieli wtedy taką, a nie inną świadomość, takie środki, możliwości i tak wybierali. A z drugiej strony, dzięki ich ówczesnym wyborom, narysowałam i napisałam książkę, która podoba się innym. Łącza się tutaj dwie różne perspektywy...

Duma i niezręczność?


- Chyba nawet nie to. Jak zebrałam wspomnienia, to one były głównie negatywne. Wiedziałam, że nie mogą być tylko i wyłącznie takie, przecież było też wiele zdarzeń pozytywnych, radosnych, albo przynajmniej neutralnych. Kiedy projekt był rozklejony na całej ścianie, rósł i rósł, to powiesiłam tam tytuł „Wall of fame and shame”, czyli ściana sławy i wstydu. Teraz wraca do mnie więcej pozytywnych wspomnień, może dlatego, że te trudne już tak we mnie nie krzyczą.

Zastanawiam się, czy z perspektywy nie jest tak, że te wydarzenia są jednak zabawne, nostalgiczne...


- Wszystko zależy od tego, jak głęboko w nie wejdziesz. Patrzysz na obrazek, na którym boję się, że umrę po zjedzeniu jajecznicy przygotowanej przez ojca. Z jednej strony śmiejesz się, ale z drugiej myślisz sobie: dlaczego dziecko nie powiedziało tacie, że nie będzie tego jadło, tylko woli wybrać śmierć. Na pierwszym poziomie to wspomnienie może być radosne, ale im bardziej analizujesz, tym bardziej widzisz te manipulacyjne zasłonki. Moja mama na przykład zdziwiła się, że taki wpływ miała na mnie religia katolicka, bo rodzice nie chodzili do kościoła, nie rozmawialiśmy o Bogu.

Zatem skąd ten wpływ?


- Od babci, ale też chodzenie do kościoła było częścią przynależności do grupy rówieśniczej. Wszyscy z osiedla szli na mszę, więc i po mnie dzwonili. Kiedyś, śpiewając w chórze podczas Wielkanocy, patrzyłam na ludzi przeżywających wręcz magiczne misterium. W pewnym momencie pomyślałam, że im zazdroszczę tej wspólnoty, wiary. A ja jestem gdzieś obok, tylko obserwuję. Moja pierwsza terapia zrobiła jedną dobrą rzecz – pokazała mi, że o wszystkim opowiadam z zewnątrz. Nie dawałam sobie prawa, by być w środku, poczuć emocje. „Wszystko, co jest teraz, zaczęło się tam” faktycznie tym jest, takim metapoziomem, ale też ogromną próbą zbliżenia się.

Twoja książka, tak samo jak i wspomniana „Totalnie nie nostalgia”, pokazuje siłę mikrohistorii.


- Tak! Generalnie bardzo często spotykam otwarte osoby, które dzielą się, tak jak i ja, swoimi wspomnieniami. Ludzie opowiadają mi różne historie. Niektóre zaczęłam już rysować. Nie sprawdzałam wyłącznie pamięciowo swojego życia, ale prosiłam o spisywanie wspomnień, na przykład moje babcie. Projekt ten nosi tytuł „Dźwignia”. Zewsząd słyszy się, że umierają rośliny i zwierzęta, a nikt nie podnosi rumoru, że umierają języki, historia codzienna kobiet - bo nimi się zajmuję. Chcę nadać tym wspomnieniom należną im rangę.

Kobieca perspektywa w dalszym ciągu jest postrzegana jako mniej istotna niż męska?


- Wydaje mi się, że tak. Ostatnio rozmawiałam z Anią Urbańczyk, która zajmuje się dawnymi pracownicami Stoczni Gdańskiej. Opowiadała mi, że gdy przychodzi do nich do mieszkań to one od razu mówią: a to ja męża zawołam. Trzeba pomóc kobietom, zwłaszcza tym starszym, dojść do głosu. Na mojej stronie internetowej gromadzę też takie historie. Pamiętam, jak moja babcia opowiadała mi, że w czasie wojny uciekała z Warszawy. Pozwolono jej spać w stajni, w której był parobek. Ten chłopak pokazał jej klepisko, aby sobie odpoczęła, a on poszedł zbierać kamienie. Babcia pyta go: po co te kamienie? Odpowiedział jej: żeby rzucać w szczury, które będą do ciebie podchodzić w nocy. Słuchając moich babć zastanawiałam się, jak można przeżyć to wszystko i żyć normalnie, kartki świąteczne wysyłać. Takie historie można przeczytać właśnie w „Dźwigni”.

A czym jest „Pamięciowy portret kobiet”?


- Będzie to następna książka, w której znajdą się opowieści z dzieciństwa różnych dziewczyn.  Słyszane podczas prywatnych rozmów - o koleżankach, matkach, siostrach. Łączy się to z projektem „Dźwignia”, bo kilka opowieści również z niego pochodzi. Książkę chciałabym wydać jeszcze w tym roku, tylko fajnie byłoby znaleźć zewnętrzne finansowanie. Jest funpage na Facebooku. Każdy może przysłać swoją historię.

Wspomniałaś o córce. Patrzysz na nią przez pryzmat swojej książki?


- Gdy się urodziła miałam odruchy mojej mamy. Kosztowało mnie wiele energii ich zatrzymanie i sprawdzanie, jak ja mam ochotę się zachować, co będzie bardziej wzbogacające dla niej oraz dla mnie. Mam świadomość konsekwencji tego, co mówię i robię dla jej płynnego umysłu i jednocześnie pielęgnuję czas beztroski.

Rozmawiał: Kuba Wojtaszczyk
*Katarzyna Dworaczyk – z pasji trenerka komunikacji i artystka wizualna. Z wykształcenia też. Współtworzy międzynarodowy zespół trenerów skupionych wokół Porozumienia bez Przemocy. Pisze i rysuje, mówi, inspiruje na szkoleniach i konferencjach, mediuje z i między dziećmi. Pochodzi z Gdyni (do której kiedyś wróci), mieszka w Poznaniu, w przyszłym roku leci do Irkucka. Uwielbia espresso, Jacquesa Lacana i widzieć horyzont. Niedawno ukazała się jej książka „Wszystko, co jest teraz, zaczęło się tam”.

Recenzja książki "Wszystko, co jest teraz, zaczęło się tam/ Everything that is now started there" Katarzyny Dworaczyk

Wszystko nie jest książką terapeutyczną, raczej artystyczną, w bardzo minimalistyczny sposób. Ilustracje są pociągnięte lekkim konturem, raczej białe, z nielicznymi plamami koloru – pisze dziś u mnie gościnnie Agnieszka Czoska z portalu arytmia.eu.

Zaczyna się od „Mama opowiadała mi…”, żeby przejść do „pamiętam…”. „Ilustrowana książka pamiętania siebie” nie jest komiksem superbohaterskim, ale jej bohaterka i jednocześnie narratorka nosi na twarzy maseczkę (bardziej w stylu Zorro niż Batmana). Na okładce zamaskowane popiersie stoi na biurku albo warsztaciku pisarki, a może charakteryzatorki – kogoś, kto poskładał wspomnienia i rodzinne anegdoty w osobę.

Dworaczyk spisała ten remanent pamiętania siebie trochę dla innych dziewczyn. Dlatego, że w miarę dzielenia się swoimi dziwnymi, wstydliwymi, przykrymi i radosnymi wspomnieniami odkrywała, że podobne miało wiele kobiet. Mówi, że spotkała kilka, które jak ona bały się, że zostaną powołane do zostania świętymi. Wiele lizało baterie w dzieciństwie. W jakiś sposób „wspólne” okazują się pamięci o dojrzewaniu. Wspólnota doświadczeń stała się dla autorki bardzo ważna. Czy wobec tego chodzi o to siostrzeństwo? A może, że „wszystkie jesteśmy podobne w tym, że się różnimy”? Stykamy się mnóstwem zachowań z dzieciństwa, ale rozbiegamy w przeciwne bieguny pozostałymi. Jak pisze (gorzko) Masłowska „kobiety uwielbiają uciąć sobie partyjkę w mam tak samo (…) Ale niech raz która powie: mam zupełnie inaczej”… wtedy, oczywiście, wszystko trafia szlag. No więc nie, to osobiste zapiski. Punkty styczne, choć fascynujące, naprawdę nie oznaczają identyczności, a to, że poznamy czyjeś wspomnienia – że je zrozumiemy. I może stąd ta maseczka – ze świadomości, że „ja” jest zawsze nieprzezroczyste. Może właśnie to jest najciekawszym aspektem podobieństwa. 

Dzieciństwo Kasi, bohaterki Wszystkiego, nie było do końca „katolickie, patriarchalne i pe-er-el-owskie, czyli depresyjno-opresyjno-represyjne” jak Wandy Hagedorn (Totalnie nie nostalgia), ale religia i wstyd (a z nimi obsesyjno-kompulsywne zachowania) były jego nieodłącznymi elementami. Liczyła co wieczór dobre i złe uczynki – żeby te pierwsze przeważyły.


Eksperymentowała ze swoim dorastającym ciałem w łazience – do której zawsze dobijała się mama (domyślała się?). Konflikt z matką, która gdy dawała rodzinie nowe ręczniki, zostawiała dla siebie najjaśniejszy (wiadomo, że pozostali bardziej się brudzą) przebija z wielu, także najwcześniejszych, miniaturek Dworaczyk.

Wszystko nie jest książką terapeutyczną, raczej artystyczną, w bardzo minimalistyczny sposób. Ilustracje są pociągnięte lekkim konturem, raczej białe, z nielicznymi plamami koloru – ubrań, jedzenia, klocków. Wyraźnie wybija się spomiędzy nich ciemnozielona strona – Kasia w lesie. Pomorskie puszcze (akcja dzieje się w Gdyni), z bunkrami i innymi pozostałościami po wojnie, czasem nawet szkieletami, są  ważnym tłem tych historii. Albo to ja odnoszę takie wrażenie – też je znam, to jedno z moich mam tak samo. Poza nimi i żółto-niebieską SKMką przestrzeń rozpływa się za bohaterką białą plamą. Jakoś się w niej jednak nie gubi, zapamiętane ciuchy i zabawki wystarczą, by zatrzymać ją w miejscu.

Przy całej intymności, otwartości książki Dworaczyk i fakcie, że wybebesza tu czasami swoje dzieciństwo i dojrzewanie, szokujący i wkurzający jest blurb od Eichelbergera nazywający ją „uroczą i pouczającą książeczką”. Albo kogoś zmyliły lekkie i jasne obrazki, albo Wszystko ma naprawdę sporo wspólnego z Nostalgią: mądrzy, prominentni panowie widzą je jako niezbyt ciekawe, zupełnie nieuniwersalne wspomnienia jakiejś pani. Coś jak autobiograficzna Kalicińska, tylko nawet nudniejsza. Mam nadzieję, że będzie dodruk i zobaczę zamiast powyższego opinię Hagedorn albo Olgi Wróbel.

Katarzyna Dworaczyk w realu jest self-made-woman. Jako trenerka komunikacji prowadzi zajęcia dla biznesu, przedszkolaków i starszaków na emeryturze. Wydała Wszystko własnym sumptem, jako edytorka z wykształcenia także same je sobie złożyła. Osiągnęła nakład godny pierwszoligowego polskiego wydawnictwa komiksowego i jeszcze zostało jej sporo egzemplarzy. Zacznijmy więc akcję „zmienić blurb” od wykupienia tych, które zalegają jej w domu. Wszystkie będą miały ręcznie wpisane numery, dla każdego kupującego osobno. Chcecie. Zobaczcie, jakie wspomnienia dzielicie, a poza tym – cieszcie się maseczką. Kupicie od autorki (http://grl.zone/kup) lub w poznańskiej Zemście (https://zemsta.org/pl/p/Wszystko%2C%2C-co-jest-teraz%2C-zaczelo-sie-tamEverything-that-is-now%2C-started-there-Katarzyna-Dworaczyk/2675).

Agnieszka Czoska

Znalezione obrazy dla zapytania Komiks na f

W Poznaniu, w ramach serii imprez Benefit na Manifę, Olga Wróbel i Marta Zabłocka po raz pierwszy wzięły wspólnie udział w spotkaniu z publicznością, do tego w towarzystwie miejscowej rysowniczki Katarzyny Dworaczyk. Rozmawiały o „komiksie kobiecym”, feminizmie i znajdowaniu swoich sposobów na komunikowanie się ze światem, a przede wszystkim – z czytelnikami. Każda z tych autorek ma nieco inną perspektywę, tworzy różne prace, a łączy je przekonanie, że równość i wolność są najważniejsze w sztuce i życiu poza nią (bo takie też istnieje).

Często można usłyszeć, że w polskim komiksie jest mało autorek. Jednak coraz bardziej przekonuję się, że to stwierdzenie na wyrost. Na Złotych Kurczakach pojawiło się mnóstwo rysowniczek, mamy portal Comix Grrrlz mający na celu informowanie i promowanie ich twórczości, autorki zinów działają w ramach Czarnych Protestów (chociażby Imponderabilia). Olga Wróbel stwierdziła w trakcie spotkania, że możliwość samodzielnego publikowania swoich prac w Internecie bardzo wyrównała szansę nie tylko komiksiarek i komiksiarzy, ale także ludzi niezwiązanych ze „środowiskiem”. Marta Zabłocka dodała jednak, że autorki często nie wiedzą o sobie nawzajem, dlatego tak ważna jest działalność takich osób jak Beata Sosnowska, która wyszukuje mało znane, a utalentowane dziewczyny.

Obecność to jedno, zaś reakcje na ich twórczość to czasami zupełnie inna historia. Jury Złotych Kurczaków doceniło rysunki Zavki, nominacje otrzymały też Anna Krztoń, Marianna Strychowska czy Barbara Okrasa. W Polsce ukazał się także „pierwszy polski komiks feministyczny” (na pewno pierwszy taki „gruby”) – Totalnie nie nostalgia, porównywana z dziełami Bechdel. Pojawił się w opisywanej tu dyskusji niestety nie tylko dlatego, że jest świetnie napisany i narysowany, ale również ze względu na szowinistyczną mikrorecenzję, którą dostał na jednej z facebookowych stron poświęconych komiksom (głoszącą, że jeśli się nie jest np. żoną dyktatora, to lepiej nie publikować autobiografii). Komiksy autorstwa kobiet często wywołują zupełnie inne reakcje u czytelniczek niż czytelników. One chcą dzielić się swoimi historiami, odbierają te publikacje bardzo osobiście. Oni często się dystansują, a wręcz nie wierzą w prawdziwość niektórych wątków (np. na zasadzie: to niemożliwe, żeby tylu mężczyzn zachowywało się tak seksistowsko). Ale reakcje takie, jak wspomniana mikrorecenzja, zdarzają się bardzo rzadko, dlatego tym bardziej szokują.

Wszystkie zdjęcia autorstwa Dawida Majewskiego.

Olga Wróbel wystąpiła spontanicznie w roli reprezentantki „środowiska”, kiedy zapytana o historię swojego dochodzenia do feminizmu zaczęła od przypomnienia debaty o polskim komiksie kobiecym. Toczyła się ona w 2010 roku i brali w niej udział sami mężczyźni. Przypomniała też o publikacji z 2009 roku, Bostońskie małżeństwa. Antologia komiksu lesbijskiego, która początkowo miała zbierać jedynie autorki, co wywołało jednak głosy stanowczego oburzenia ze strony „pominiętych”. Pomimo tych kilku epizodów komiks jest najbardziej wolnościową formą publikacji w naszym kraju – ma tu niewielu odbiorców, nie jest przez nikogo kontrolowany, dzięki czemu pozwala na wyrażanie nawet bardzo radykalnych (w opinii mainstreamu) stwierdzeń. Mówiła też o własnych pracach, na przykład Ciemnej stronie księżyca, która sprawiła, że stała się „autorką tego komiksu o ciąży”, ale nie wywołała aż tylu reakcji czytelników, ilu się spodziewała po doświadczeniach z publikowaniem w sieci. Swoją najnowszą książkę, Do kroćset! określiła jako rzecz dla dzieci, ale nie do końca udaną. Jej córeczka była jeszcze za mała na „prawdziwe” książeczki dla dzieci i tak, z braku doświadczenia, powstała opowieść 30-latki wspominającej dzieciństwo, co do której wydawnictwo nie umiało zdecydować, jaki właściwie jest jej „target”. Aktualnie Wróbel regularnie publikuje Ha!artoons, jednokadrowe recenzje książek, pisze też do Krytyki Politycznej.




Katarzyna Dworaczyk jest z kolei osobą spoza „środowiska”, wydała swoją „ilustrowaną książkę pamiętania siebie” Wszystko, co jest teraz, zaczęło się tam samodzielnie, korzystając z edytorskiego wykształcenia. Na co dzień jest właścicielką własnej firmy, prowadzi treningi dla przedszkolaków, współpracuje z Porozumieniem bez Przemocy, w ramach jednego ze swoich projektów zbiera też historie babć (możecie zgłosić swoją, jeśli chciałaby coś opowiedzieć, a wy nie chcielibyście tego krótkowzrocznie zapomnieć). Na spotkaniu stwierdziła, że dzieci i starsi ludzie interesują ją najbardziej, bo albo jeszcze, albo już się nie boją. Poza tym życie naszych własnych dziadków często w dużym stopniu determinuje sposób, w jaki myślimy o świecie, rodzinie, swojej roli w tym wszystkim (przywołała tu książkę Genogramy. Rozpoznanie i interwencja). Oczywiście, ma też kontakt z dorosłymi, zwłaszcza przedsiębiorcami, stąd wie, że „nawet na warsztatach biznesowych, po 2-3 godzinach, ludzie przerabiają rozmowy z partnerami i dziećmi” – życie rodzinne powraca także w pracy i nie tylko do kobiet.
Z kolei Marta Zabłocka mówiła dużo o komunikacji z czytelnikami. Komiksy rysuje, by „nie stracić kontaktu ze sobą i nawiązać go z innymi”. Zwierzyniec, który zaludnia jej Życie na kreskę pozwala mówić żartobliwie o poważnych rzeczach, definiować pojęcia stosowane na co dzień trochę bezmyślnie, a rozbijane na czynniki pierwsze dzięki jednemu naiwnemu pytaniu Kury czy Węża. Jeden z bohaterów, Królik, powstał z kolei z potrzeby wyrażania się czasem ostro i dosadnie, ale tak, by nie musiała robić tego jedna z ludzkich postaci. Zabłocka wspomniała także o akcjach społecznych, w które się angażuje (np. zbiórce na działkowe, bezdomne koty, aktywnej do 3 marca), co pozwala jej odkrywać jeszcze jeden wymiar kontaktu z czytelnikami.

Na koniec Ola Juchacz zapytała komiksiarki jak definiują feminizm. Wróbel opisała go jako sprzeciw wobec instytucji uwiązujących ludzi do „jasno zdefiniowanych” ról płciowych oraz wchodzenie w dyskusję, a nie potępianie z góry osób, które cieszą się swoim byciem tradycyjnymi. Zabłockiej najbliższa jest włączająca, równościowa postawa, dzięki której „nie tracimy fajnych chłopaków”, zaś najbardziej szkodliwe – sięganie po stereotyp „strasznej feministki”, także przez same kobiety, które włączają go czasami w gniewie czy poczuciu niesprawiedliwości ze strony mężczyzn. Dworaczyk także wskazała równość jako najważniejszą w tym światopoglądzie – dążenie do tego, żeby nie trzeba było „zasypywać dołka” w kontaktach z mężczyznami, na zasadzie: jak będzie posprzątane, to już sobie bądź równa.

Spotkanie można podsumować krótko: chłopcy i dziewczęta, nie bójmy się feminizmu, bo chodzi tu tylko o równy dostęp do kredek w różnych kolorach, nie tylko różowym i niebieskim. Można też dłużej, czytając Ha!artoony, Życie na kreskę, oglądając kadry z Wszystko, co jest… i ciesząc się, że mamy takie dobre i mądre rysowniczki. Czy sztuka nas zbawi, nie wiadomo, ale że da do myślenia – to pewne.

Bardzo dziękujemy za za zdjęcia Dawid Majewski Foto\Video! Spotkanie z „komiksem na F” odbyło się w ramach przygotowań do poznańskiej Manify 2017, dlatego zachęcamy też do odwiedzenia i zasilenia zrzutki na to wydarzenie.

Agnieszka "Fushikoma" Czoska - Typowy mól książkowy. Czyta po polsku, angielsku, niemiecku i ukraińsku, bardzo chciałaby jeszcze po francusku. Ostatnio jej ulubieni autorzy to Zadie Smith, Serhij Żadan, Jurij Andruchowycz, Amos Oz, Łukasz Orbitowski... Lubi komiksy, na przykład Sagę, Wytches, rzeczy Alison Bechdel czy Inio Asano. Jak ma czas, ogląda europejskie filmy i anime. Recenzuje jeszcze dla bloga Nie Tylko Gry (nietylkogry.pl), czasem pisze do Fabulariów (fabularie.pl).