Obraz

O szpilkach do beretu w trakcie okupacji, o tym, jak mój pradziadek przegrał warszawskie składy apteczne na koniach (jego matka trzymała pieniądze za świętym obrazem i zdziwiła się, że Najświętsza Panienka jednak nie pomogła), o szkole w Kobyłce, o dziadku Galskim i wizycie w Sejmie, o łapaniu oczek na zarobek i spalonych ciastkach, o dziadku, który raz postawił się babci, o procy i ulicy Miodowej, o odgrzebanych zdjęciach... a nagrań mam jeszcze 4 godziny. Tutaj fragment, bo bardzo chcę się z Wami podzielić moją babcią.

Nagrania 24-28_08_2017 w Gdyni (Jarogniew Milewski dzielnie zajmował się w tym czasie Jagną i pożyczył sprzęty - dziękuję:-*)
Ten film skleiłam sama, następne będą już full pro:-)

„Mąż pochodził z Rosji, tu z bliska, z Ukrainy czy gdzieś tam jakoś. A jak poszedł na wojnę, był bardzo raniony i się nie przyznał jak chodził do mnie, gdybym może wiedziała, to bym go może odłożyła. Dopiero jak się ożenilim, ściągnął spodnie i pokazał, jednego tyłka nie miał i w stopie miał odłamki. Ale się za kawalera nie przyznał. Dwa lata niecałe po Syberii się ożeniłam. Nie zaszkodziło mi, bo urodziłam siedem dzieci. Tu w tym domu. Ale moim dwóm siostrom przeszkodziło. Siedem nas było. Trzy w Syberii zostało.

Jak Soroczyński mnie zauważył, tak za pół roku się żenilim, nie popuszczał. A miałam chłopaków dużo, miałam. Z Dworzakowa jeden był, chciał okropnie do mnie chodzić, no przecie wszystkich chłopaków nie zechce, byłam zgrabna, jaka taka. A on potem, jak ja go nie zechciałam, a szło się do Białośliwia do kościoła i jego siostry pytam, gdzie jest, no zapomniałam, jak się nazywał, Franek, Wojtek, obojętnie, zapomniałam, zdaje się, że Józek, że go nie widzę, a ona mówi tak „nie chciałaś go!!!! To jak pojechał, to go do dziś nie ma, nie wiemy gdzie się podział, boś go nie chciała”. No wszystkich nie mogłam chcieć. Daj spokój święty. No więc miałam powodzenie dzięki Bogu, a ten jak zdybał, to już nie zostawił.”

Pojawiał się refren, o rzekach, zimnie, śmierci, haraniu (harowaniu), o tym, jak można było tak naród zostawić i uciec z napchanymi kieszeniami. Wróg robił co chciał. O tym, jak ich wywieźli i jechali miesiąc pociągiem towarowym, tydzień ciężarówkami i jeszcze parę dni saniami. I o tym, jaki straszny los ich spotkał i o tym, jak napisali do sąsiadów z Ukrainy, których nie brali na transport. I oni odpowiedzieli, że Ukraińcy „w tę noc, co was zabierali, i tak was się zbierali rezać, więc wam i tak już by było kaput”. I że porządek zawsze matka trzymała. Choć biednie, ale niech będzie czysto.

Jak szły z matką 30 kilometrów po ziemniaki i jak wracały to były wilki, ale były najedzone, matka powtarzała „nie oglądaj się, tylko pacierze mów” i nic im się nie stało. A jak po grzyby i jagody szli, to widzieli niedźwiedzia, ale miał łeb w mrowisku i ich nie wyczuł.

I jak matkę odratowali, gdy spadła z gałęziami do rzeki. Poszła do bolnicy (szpitala) i „nic już tam już z nią nie robili, oczu nie otwiera, więc wziął ją ojciec przyniósł na plecach. Kobiety powiedziały chodźmy ją ratować, bo te dzieci wyginą, a dzieci jeszcze żyły. Grzały wodę i w butelkach obkładały i obkładały ją ciepłymi butelkami i otworzyła po kilku dniach oczy i jeszcze obkładały. Potem matka powiedziała „O, jest świat”.”

„Co zrobić, tak było”.

Pojechałyśmy we trzy 28 kwietnia 2017 do Wolska, do Genowefy Soroczyńskiej.
Ola Midor i Ewa Myszkowska z całą swoją ciepłą energią i zaangażowaniem zajęły się zdjęciami, nagraniami, dźwiękiem, projektem.


Kiedyś poprosiłam babcię, by mi spisała swoje wspomnienia. Potem poprosiłam drugą babcię.

Nie pamiętam, od kogo to usłyszałam, czy gdzie to przeczytałam - dojrzała kobieta mówiła, że nigdy nie wiedziały z koleżankami, jak bawić się lalkami - mężczyznami. Nie wiedziały, co oni robią, więc posyłały je na wojnę.  Kochać, to martwić się. Przyglądając się historiom kobiet w mojej rodzinie interpretują ją jako historię braku. Historię martwienia się. Nie wydaje mi się, żeby była wyjątkowa w skali Polski. 70 lat temu skończyła się wojna, a ja mam wrażenie że, obok codzienności, nadal obserwuję lęk, nieufność.

Próbuję zrozumieć, dlaczego babcia najbezpieczniej czuje się w domu i na zakupy jedzie tam, gdzie dowiezie ją jeden autobusik. Ona nie może zrozumieć, jak ja wędruję bez lęku po świecie. Pamiętam, jak zabrałam jej kawałek tortu, którego nie była w stanie zjeść. Ona nie mogła zostawić, bo "się nie wyrzuca jedzenia", przecież przeżyła okupację, a wtedy szły z koleżankami 2 kilometry do miasta, żeby oglądać wystawę pieczywa w piekarni.


Przepisuję, jak 9 latka ogląda egzekucję Polaków z zagipsowanymi ustami
i zastanawiam się, jaką siłę mają w sobie ludzie, by przetrwać.

Czytam, jak prababcia wyskoczyła z transportu i szukała swojej córki. Myślę
o determinacji i tym, że każda z nich używała dźwigni, by przeżyć to, co było nie do przeżycia. Zastanawiam się ile jeszcze tej siły, strachu, nienawiści, niezgody i poniżenia w walce o przetrwanie płynie we mnie, ile tego niosę w świadomości i podświadomości i ile przekażę dalej.  Myślę o przekonaniach, które mi towarzyszą, które nieświadomie wzięłam słysząc, że „nie może być dobrze". Myślę o przekonaniach, które niesiemy jako społeczeństwo naznaczone historią wojen, strachu, cierpienia i wielkiej odwagi. Myślę o tym, kiedy „kochać, to martwić się" zamienimy na „kochać to ufać"*. I że może być dobrze.

Katarzyna Dworaczyk
[ze wstępu do planowanej publikacji]

* dziękuję Agnieszce Pietlickiej, która podzieliła się ze mną tymi rozróżnieniami. Wzbogaciło to moje postrzeganie miłości i cieszę się, że teraz może wzbogacić Was.





Obraz
Obraz
Obraz
Obraz
Obrazek

Wakacje spędzałam u dziadków. Przedtem nawiązałam znajomości z synami organisty. Z jednym, o cztery lata starszym ode mnie Krzyśkiem, chodziłam do tej samej profesorki na muzykę. Krzysztof był rudy, piegowaty i rozpierała go energia. Starszy miał dwadzieścia lat, był przystojny, o czarnych, falistych włosach, które przed każdym lustrem układał. Trzeba mu oddać, że dobrze grał na fortepianie. Irek pasował idealnie do Ady, sympatyzowali ze sobą, ale wszystko tak na „ąę” - myśmy z Krzyśkiem podsłuchiwali ich dyskretnie i dobrze się tym bawiliśmy. U babci urządzaliśmy wieczorki, zbierało się kilka osób, było miło. Przypominam sobie, że na górze mieszkały dwie siostry. Ta jedna z nich jak ta pietruszka, blada i chuda, spać nie może. Raz babcia zobaczyła ją bez makijażu i strasznie się przeraziła, myślała, że chora - niezręczna sytuacja. Druga - Kaśka, nazywali ją Kinta - jej przeciwieństwo. Obydwie pracowały w Warszawie, ta „pietruszka” zaraz po przyjeździe szła spać, a Kinta była duszą towarzystwa. Zawsze jakieś nowości nam przywoziła. Wówczas modny był swing, tańczyło się na wiele sposobów, z kropką, z dwiema, albo choinkę i tak dalej. Kinta sadzała Krzyśka do fortepianu, podśpiewała mu melodię, a on ją w lot chwytał. Wszyscy siadali w naszym saloniku dookoła, a mnie też udawało się od razu przyswoić sobie kroki i tańczyłyśmy do upadłego. Potem Irek zmieniał Krzyśka przy fortepianie, tu już trzeba było postawić kogoś na czatach, ponieważ Irek grał Chopina, a muzyka ta była przez Niemców zakazana. I tu, w tym przyciemnionym salonie, zakochałam się na zawsze w muzyce Chopina.
Czasem przyjeżdżałam do Kobyłki na niedzielę, albo jakieś święto w kościelne, na przykład Matki Boskiej Zielnej, Siewnej, żeby babci pomóc upleść wianuszki, bo tylko ja wiedziałam, gdzie rośnie rozchodnik, macierzanka czy inne zioła i kwiatki, albo zrobić piękny bukiet z kłosów z chabrami, makami.
Przyjeżdżałam także zimą z dziadziusiem. Zawsze był tłok, czasem biedny dziadziuś jeździł na buforach, kiedyś dobry Niemiec (jak dobry łotr) krzyknął „Stala, czymaj się”. Robiłyśmy dziadkowi grube rękawice z jednym palcem, żeby mu było ciepło, ale niestety wiecznie je gubił, więc trudno, zrobiłyśmy na sznurku i pomogło. W poniedziałki wychodziliśmy na stację bardzo rano, żeby zdążyć, dziadzio do pracy, ja do szkoły, mróz był taki, że śnieg iskrzył się i skrzypiał pod nogami. Najgorsze było dostać się do pociągu, bo te „bombowce” - to znaczy baby z blaszanymi bańkami z mlekiem noszonymi na plecach w płachcie, pchały się pierwsze, wszyscy odsuwali się od nich bojąc się o własne głowy, dopiero jak wlazły to, kto miał szczęście, wepchnął się do przedziału. Kto nie - jechał na stopniach.

Obrazek

We wsi Kobyłka ludzie byli bardzo biedni, mieli mało ziemi, a sporo dzieci, domy stały w rzędzie, blisko siebie, kryte były strzechami ze słomy i bardzo często na wsi były pożary, paliła się jednocześnie cała wieś, bo od jednej strzechy iskra padała na drugą i tak w mgnieniu oka wszystko było w ogniu, a straż pożarna miała jeden beczkowóz. Nazajutrz stały tylko długie czarne kominy. Ludzie ze wsi byli już nauczeni i każdy wiedział do kogo z osiedla lecieć z dziećmi pod dach. To były straszne chwile. Jakoś się ludzie pozbierali i znów chałupy miały nowe strzechy ze słomy. I tak do następnego razu. Rodzice byli biedni i wyrośnięte dziewczyny przyprowadzali do nas na osiedla i prosili, żeby je przyjąć na służbę, bo oni już nie mają w co je ubrać, a i jedna gęba mniej przy misce, to więcej dla tych nowo-narodzonych.

No więc były u nas dwie, pamiętam, jak jedna z nich w żaden sposób nie mogła się przyzwyczaić do chodzenia w butach, nawet po śniegu. Inna znów, jak miała „wychodne” po powrocie opowiadała, że była z rodziną na spacerze, wzięli z sobą psa, kota, kozę ale kur i kaczek nie wzięli, bo to już za duża subiekcja. Już się czegoś zdążyła nauczyć. Przydawały się zwłaszcza, jak te pół Warszawy do nas zjeżdżało. Ale żeby szybko zebrać maliny na taki smaczny mus, który one tłukły trzepaczkami do piany to babka wysyłała mnie, bo najsprytniejsza.
Na Boże Narodzenie dziadziuś sam jeździł do nadleśnictwa i wybierał choinkę, musiała mieć 3 metry, twarde gałęzie i być co do centymetra symetryczna. Dziadek znosił do salonu masę pudełek z bombkami, anielskie włosy (dziś takich nie ma) własnej roboty z blachy takie świderki - jak się choinka poruszyła to się wydawało, że wznosi się to w górę i w dół. Trzy dni dziadzio sam, za zamkniętymi drzwiami ubierał tę choinkę, aż któregoś roku stwierdził, że już mu za ciężko z każdą bombką czy zabawką chodzić po drabinie więc potrzebuje pomocnika, wszyscy mieli nadzieję na ten zaszczyt - a dziadek wybrał mnie!
Ten salon naprawdę był salonem, stylowe rzeźbione meble, ten żyrandol „jak w kościele” na ścianach do kompletu kinkiety i inne ozdoby na specjalnych słupkach figurki z porcelany Chopina i Paderewskiego, no i fortepian. Na Wigilię wnoszono do tego salonu olbrzymi stół, ustawiany był na kozłach. Musiał być wielki, bo i nas z rodziny sporo, a i dziadek z tej elektrowni zapraszał na Wigilię wszystkich panów samotnych, bo w taki dzień nikt nie mógł być sam. Zawsze ktoś umiał grać na fortepianie, śpiewaliśmy kolędy i było świetnie.
A jak ten fortepian wieźli to pytano na wsi przy tej ulicy Załuskiego, do kogo to wiozą. I mówili, że u tych Rutkowskich to musi być pomór, bo takiej dużej trumny, to jeszcze nie widzieli.

Niżej ilustracje do książki o babciach. Moich i nie moich. Książka (w zależności od tego, jak wielkie wsparcie da mi świat) wkrótce.

"Nigdy nie wiedziałyśmy z koleżankami, jak bawić się lalkami - mężczyznami. Więc posyłałyśmy ich na wojnę."


"Dziadkowie z obu stron od zawsze mieszkali w Warszawie. O dziadkach ze strony ojca wiem mało, babci nie znałam, a i dziadek Józef umarł

w 1935 roku, jak Józef Piłsudski, zwany przez wszystkich „Dziadkiem”.I mnie się wtedy to wszystko pokręciło, myślałam, że to ta sama osoba"

"Prababcia Helena Radel uciekała w trakcie wojny, trafiła do baronowej von Hope, która przyjęła ją, bo umiała liczyć i robić koło kur. Jak baronowa dowiedziała się, że  idą wojska radzieckie nauczyła ją jak używać pistoletu. Żeby mogła sobie strzelić w łeb, jak będą ją gwałcić tak, że nie da już rady."

"W czasie wojny sala lekcyjna była przystankiem dla niemieckich żołnierzy. Lekcje oczywiście były zawieszone, ale ciężkie drewniane ławki w klasie zostały. Zakradałam się tam z zeszytem i ołówkiem, kiedy nikogo nie było. Zdarzyło się jednak, że nagle zjawił się tam młody niemiecki atleta, dla którego stałam się przyrządem gimnastycznym. Drobna, chuda, fruwałam w powietrzu, a on mnie łapał. Byłam przerażona - co będzie jak mnie nie złapie? Potem przychodził i szukał, żeby ze mną ćwiczyć. Kiedyś tak się opierałam, że podarłam sobie bieliznę o gwóźdź wystający z ławki. Mama, przestraszona tą podartą bielizną wypytywała mnie o przyczynę, dziś wiem, dlaczego. Powiedziałam prawdę. Mama przeprowadziła rozmowę z żołnierzem. Powiedziała mu, że mam podartą bieliznę i nie będę wychodziła. Żołnierz zapytał, dlaczego nie mogę ubrać innej? Na co mama mu odpowiedziała, że nie mam innej. Żołnierz poszedł do swojej bazy i po jakimś czasie wrócił trzymając niemieckie flagi. Mama nie chciała, żebym chodziła w niemieckich barwach, dlatego uszyła mi z tego „materiału” majtki. I tak chodziłam w nich do końca wojny. Innego ubrania nie miałam. Czarna spódnica dla dziecka i figi w kolorach niemieckiej Rzeszy."

"Mój dziadek został postrzelony na statku w Glasgow w trakcie wojny. Wyszedł  przez komin, podtrzymywał swoje jelita, aż trafił do szpitala. Opiekowała się nim  francuska pielęgniarka. Po tym jak wydobrzał zabrała go do siebie. Pewnego dnia chciał posprzątać, więc podniósł dywan, żeby wmieść tam kurze. I znalazł listy, które wysyłała mu żona z Polski. Jak pielęgniarka wróciła, pobił ją, ale dalej z nią mieszkał. Jak wrócił po wojnie, nadal pisała do niego listy, że chce przyjechać i wyjść za niego za mąż."

"Jak moja babcia miała 5 lat, umiała już czytać. Służba sadzała ją na stole, dawała "Trędowatą". Babcia czytała słowa niewiele rozumiejąc i dziwiła się, co one tak beczą."

Copyright © for the Polish and English edition:
DAZAJN DIZAJN Katarzyna Dworaczyk,
ul. Literacka 45K/10, 60-461 Poznań
All rights reserved.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

W przeciwieństwie do rozpowszechnionych opinii, Halpress Lorem Ipsum nie jest tylko przypadkowym tekstem. Ma ono korzenie w klasycznej łacińskiej literaturze z 45 roku przed Chrystusem, czyli ponad 2000 lat temu! Richard McClintock, wykładowca łaciny na uniwersytecie Hampden-Sydney w Virginii, przyjrzał się uważniej jednemu z najbardziej niejasnych słów w Halpress Lorem Ipsum